Menu

A w dole Swanecja*

Wierzchołek wyrasta przed nami z lodowej pokrywy. To kamienne usypisko – kilkadziesiąt metrów w górę po luźnych odpryskach skały. Zwalniamy, zatrzymujemy się, zrzucamy plecaki. Chyba nie chcemy, żeby ktokolwiek z nas był pierwszy, przed innymi. Maciek mówi coś o niewygłupianiu się. Idziemy dalej i wreszcie sprawdza się górskie motto z Monty Pythona: „To niebezpieczna wspinaczka – głównie pod górę, a potem nagle się kończy”. W naszym przypadku jednak chyba wszystko się zaczyna.

- Teraz już wiem. Nie ważne ile osób było przed nami. Tego nam już nikt nie odbierze  – mówi Maciek. Stoimy na wierzchołku Lajli Lekheli (4008 m. Najwyższy szczyt Gór Swaneckich), całkowicie pochłonięci obrazem, jaki nas otacza. Potężne szczyty Wielkiego Kaukazu prężą się w słońcu, toczą bój o pierwszeństwo w niebie. Długo czekaliśmy na tą chwilę, i bardzo długo jechaliśmy w to miejsce: Ukraina, Rumunia, Bułgaria, Turcja, cisna marszrutka do Swanecji i dziesiątki kilometrów z ciężkim plecakiem. I o to jesteśmy, trzy tysiące kilometrów od naszych domów. A legendarne wierzchołki niemalże na wyciągnięcie ręki. Elbrus, Ushba, Dych-Tau, Szchara, Kazbek – zapamiętujemy obrazy, by móc je potem odtwarzać, wpatrywać się z osłupieniem, z tęsknotą, która wraz z upływam czasu zacznie zamieniać się w niedowierzanie – ja tam byłem?

Dwie słoneczne godziny na szczycie w pamięci skoncentrowały się do kilku migawek, bo zmęczenie i wysokość robią swoje. W gardle narasta osobliwa suchość, a odroczona choroba wysokościowa zaczyna wreszcie po nas sięgać. Właściwie to sięgnęła po nas już bardzo dawno.

Góry są jak wirus. Rozmnażają się w naszym wnętrzu, nieodwracalnie ogarniają układ. Wywołują głód, którego nie sposób zaspokoić. Wprowadzają w stan drżenia i oczekiwania, zniewalają pięknem, prostotą i zagrożeniem. Są atawistyczne i taką ofiarowują nagrodę – pierwotne szczęście płynące z kontaktu z naturą.


Byle w dół

Krok za krokiem. Schodzę związany liną z Tomkiem, Damianem i Maćkiem. Prawdziwy tramwaj pragnień i młodzieńczej zuchwałości, który choć indywidualny dla każdego, znalazł część wspólną i zaprowadził nas do Gruzji. Za plecami wierzchołek, wciąż realny, wciąż na wyciągnięcie ręki, a pod butami chrzęści miękki śnieg. Coraz częściej zapadam się po kolana. Rozpalone słońce już od wielu godzin przemienia „twarde betony” w śnieżną breję. Narastający ból głowy sprawia, że zaczyna mi być wszystko jedno. Przestaję myśleć. Refleksje i radość z osiągniętego wierzchołka wreszcie ustąpiły, a w ich miejsce brutalnie wtargnęła senność, która w szumie spływającej po lodowcu wody, doszukała się mantry pogłębiającej uczucie otępienia.

Co jakiś czas ktoś ześlizguje się przy trawersie stoku, a reszta ekipy liną utrzymuje go wśród nas. Na krawędzi pola widzenia majaczy mi jakiś czarny punkcik. Podświadomość robi z niego wyczerpaną bateryjkę, zupełnie taką samą jak na wyświetlaczu lustrzanki. Zaraz zaraz, przecież ja jeszcze dobrze się czuję! – protestuję w myśli.

Schodzimy już dobrą godzinę. W oddali na lodowcu dostrzegam malutki punkcik, który wraz z upływającymi metrami zaczyna powoli rosnąć. To nasz namiot z widokiem na Elbrus. Miejscówka iście rodem z pięciogwiazdkowego hotelu. Tomek wywraca się i zaczyna zsuwać w dół. Z wbitymi po głowicę czekanami hamujemy jego zjazd. Zmniejszające się napięcie liny i przekleństwa upewniają mnie, że wszystko jest w porządku. Lodowiec nie jest mocno ponacinany szczelinami. Gdzieniegdzie rozwarcie szczelin osiąga maksymalnie kilkanaście centymetrów. To za mało, żeby czuć się zagrożonym, ale z lodowcami nie ma żartów. Lekkie nacięcia, które przekraczamy z taką nonszalancją mogą okazać się mostem śnieżnym, pod którym czai się koszmarna ciemność.

W namiocie padam w uprzęży i rakach na karimatę. Podobnie jak Maciek i Damian. Piotrek dogorywa gdzieś na słońcu więc mobilizujemy ostatnie siły, by ściągnąć go do środka.

Chłopaki znikają w namiocie, a ja wpatrzony w wierzchołki Elbrusa siadam na plecaku. Strumień wspomnień przelewa się przez moje myśli. Pamiętam godziny spędzone w ogrodzie mojego dziadka. To była wielka, nieprzenikniona knieja, pełna magii, fascynujących zakamarków i nieodgadnionych tajemnic. Perspektywa wydawała się wtedy tak oszałamiająca! Chyba każdy z nas to zna. A gdy dorosłem ogród nagle skarłowaciał, stał się mniejszy, bardziej oczywisty, płaski, zgubił gdzieś tą głębię. A może to ja ją zgubiłem, kto to wie? Wspomnienia potrafią być tak żywe. Czasami wystarczy niewielki impuls, mała iskierka, by na nowo rozpalić w sobie tamte minione chwile. Swanetia. Siedzę na plecaku, a rozpalone słońce i szum wody przypominający dźwięk pracujących owadów sprawia, że znowu jestem w tym ogrodzie. Otacza mnie porzeczka, agrest i potężne drzewa, których korony tym razem wydają się możliwe do zdobycia. Dziecięce marzenia, kiedyś fantasmagoria, teraz zaczynają się spełniać. 

Wiemy, że jeszcze dziś możemy zejść do doliny. I że jeśli zepsuje się pogoda, za nic nie przejdziemy kruchych skał i stromych trawek z ciężkimi worami i bez asekuracji. Narasta we mnie irracjonalny strach przed zejściem. Jestem zmęczony, a na dół jest kawał drogi.

Instynkt samozachowawczy alarmująco pulsuje w głowie, zagłuszając wciąż dokuczliwy, tępy ból. Droga którą schodzimy trawersuje zbocze pokryte gruzem. Przypomina to trochę schodzenie w kopnym, niezwiązanym śniegu. Skała w rejonie masywu pozostawia wiele do życzenia, a asekuracja w takim terenie jest niemożliwa, nawet niebezpieczna. W pamięci wciąż mam spadający kamień wielkości telewizora, który nabierając prędkości, zmierzał prosto w moją stronę.

Po użyciu odłóż chwyt na swoje miejsce

Stoję na szczycie malutkiej turniczki i zastanawiam się co dalej. Zbocze, które przetrawersowałem w złym miejscu, zaprowadziło mnie w kozi róg. Chłopaki są już na dole, oddalają się, a ja bezskutecznie rozglądam się za łatwym zejściem. Wreszcie ruszam. „Entliczek, pentliczek, gówniany stoliczek, na kogo wypadnie, na tego bęc”. Wyliczam stopnie, które będą następne. Wreszcie odnajduję mały kominek, w którym każdy użyty chwyt odkładam na swoje miejsce. Docieram do podstawy turniczki. Zielone wzgórze, na którym złożyliśmy depozyt, jest już na wyciągnięcie nogi. Doganiam Tomka, który przesadnie wolno wybiera każdy następny krok. Zwalnia mnie, irytuje, zmusza, do ciągłego zatrzymywania się, a przecież jesteśmy już w łatwym terenie. W stosownej chwili mijam go i zaczynam szybkie zejście. Nabieram pewności. Kilka fragmentów skalnych sprawia mi wielką przyjemność. Nie omijam ich, nie szukam już łatwiejszego terenu, ale wchodzę w sam środek. Seria przechwytów, skręt ciała – czysta przyjemność. Wreszcie docieram do depozytu. Niewielka formacja skalna nagradza mnie życiodajnym cieniem. Chowam się i zaczynam zajadać płynną czekoladę.

Wlokę się na końcu zespołu, wściekły, że na mnie nie czekają. Ale wiem też, że robią dobrze. Pomóc mi nie mają jak, a im szybciej zejdziemy, tym lepiej dla nas. Ładuję się bezsensownie w zejście trójkowym odcinkiem skały – nie przypominam sobie abym nim wchodził. No nic, tu jest stopień, a tam chwyt, a droga poniżej się zgadza. Krótkofalówka drze się, żebym teraz trawersował w lewo. Jednak czuwają nade mną. Kiedy w końcu mogę odwrócić się plecami do stoku, schodzę z kaskiem w ręce, zataczając się w 30-stopniowym upale. Marzę, żeby wreszcie ściągnąć narciarskie spodnie, które spływają od wewnątrz potem. W trawie dostrzegam już niebieskie worki z depozytem. I resztę ekipy. – Jak się szło? – Przeciętnie. A może odpowiadam co innego? Kto by to pamiętał. Leżymy w trawie, chłoniemy, i znów podnosimy się jak zombie. Nie pamiętam już prawie nic z ostatnich godzin zejścia. W dół jeszcze 900 metrów stromej trawy i lepiej zrobić to dzisiaj.

Chłopaki z zielonego wzgórza

Historia lekkich worów dobiegła końca. Pakujemy ciężki depozyt i ruszamy w dół. Do zejścia wybieramy zachodnie zbocze, na którym, rzekomo powinna być ścieżka. Nadzieja jest matką głupich. Ścieżki nie ma, są natomiast strome trawy i głębokie, kamieniste żleby. Wielokrotnie wywracam się, i z trudem powstrzymuję niekontrolowany ślizg. Z moich ust co rusz wyrywa się seria wulgarnych inwektyw, która zadziwiłaby nawet batalion piechoty. Zygzakuję. Gdzieniegdzie większe kępki traw zapewniają słabe oparcie. Kije trekkingowe z trudem powstrzymują napierające ciało. 

Pierwszy krok w dół. Drugi, trzeci, dziewiąty… i leżę. Klnę, podnoszę się, idę i leżę. Trawki mają chyba 40 stopni nachylenia, a miejscami kryją niespodzianki w postaci kamieni lub głębokich dziur. Wreszcie ubieram raki i mknę przed siebie w imponującym stylu. Z tyłu dochodzą do mnie donośne „kurwy” Maćka. Siła zespołu tkwi chyba w tym, że każdy ma swój dół w innym momencie. Sam czuję teraz, że byłbym w stanie przejść jeszcze długie kilometry. A może to złudne uczucie? Nie wiem, bo rozbijamy się w końcu kilometr dalej, a brud, pot i zmęczenie zmywa z nas płynąca przez mrok, lodowata rzeka.

Kąpiel w rzece o zmroku jest jak rytualny chrzest, oczyszczenie, które tego dnia zamknęło pewien etap, przyniosło odnowę i swoistą przemianę. Zdobyliśmy szczyt, który był naszym celem, zdobyliśmy wysokość, z której ogarnęliśmy wzrokiem całe pasmo Kaukazu. Na wpół dzikie góry przyjęły nas łagodnie, a ludzie ugościli w najlepszy możliwy sposób – z szacunkiem do tego co zrobiliśmy.

Jakoś przed południem wygrzebuję się z namiotu. Z Damianem przeczytaliśmy już chyba wszystkie szczątki starego Newsweeka, które jeszcze nie zostały zużyte podczas posiedzeń w lesie. Pora coś ze sobą zrobić. Na przykład wyprać ciuchy, które jakkolwiek termoaktywne, z pewnością śmierdzą już niemożebnie po tygodniu akcji górskiej. Schylony w upalnym słońcu nad łoskoczącym strumieniem, chyba jakimś szóstym zmysłem wyczuwam, że Piotrek mnie woła. Podnoszę głowę i widzę potężnego mężczyznę odzianego w podkoszulek moro z siekierą w ręce. Nie wygląda to najlepiej, ale przywitać się trzeba. I z pierwszym serdecznym „gaumardżos” pozbywam się obaw. – Zaraz będę jadł obiad z rodziną. Chodźcie! – zaprasza nas Zwijadi, bo tak mężczyzna ma na imię. Piotrek idzie po resztę zespołu, a ja opowiadam o naszych ostatnich przygodach. – Lajla! – uśmiecha się szeroko Zwijadi. – Haroszaja gora!


* Legenda do tekstu

 Przedstawiamy Wam dwa odrębne spojrzenia na ten sam wycinek rzeczywistości, czy też czasu. Autorów tekstu jest dwóch. Kursywą to fragmenty napisane przeze mnie (Piotr), a część pozbawiona kursywy to tekst napisany przez Tomka Muchę.

Climbe

Climbe Projektowanie Graficzne Piotr Picheta
ul. Bolesława Chrobrego 20/7
32-020 Wieliczka
NIP 678-268-64-62
REGON 364133207

http://www.sklep-climbe.pl

http://www.kkowalska.com

Społeczność

  • facebook
  • google plus
  • pinterest
  • instagram
  • rss